
z motylem chodzić w zawody
o prymat w kwestii urody
w szranki stanąć ze świerszczem
czyje też granie lepsze
biedronce - prawie z biegu -
zakosić siedem piegów
a ważce pozazdrościć
i kształtów i lotności:
tak swoje owadzie marzenia
zapraszać do spełnienia -
ot, wyprzeć ze świadomości
że czas nie uznaje litości

poziom skojarzeń i wierszy
nierówny jak kostka brukowa
to myśli błysk brylantowy
to chropowate słowa
tak źle i tak fatalnie
nieważne zimą czy latem -
kompromis - szlifować bruki
zostając literatem

pochód - dawno niewidzianych krewnych
i spotkanie w domu u tych
co już umarli
o tysiące kilometrów stąd
tam też prasowanie
białych bluzek - stos koronek
nie wiadomo skąd
na leśnej darni
z niecierpliwym dzwonieniem do drzwi
jak na pożar choćby od żelazka
a na ścianie ślad ramy byłego
zatartego w pamięci obrazka
przebudzenie o czwartej nad ranem -
choć te bluzki wciąż leżą na sofie -
z takiej wizji tylko szpital psychiatryczny
lub kurs letni przy filozofie

niektóre kolory się gryzą -
więc co zrobić z zieloną koroną drzewa
na tle błękitnego nieba?
kłamstwo ma nogi krótkie -
czemu tak wielu - tak szybko -
wbiegło dzięki niemu i nim na szczyt?
roztropniej z mądrym zgubić, niż z głupim znaleźć -
po co w ogóle kultywować kontakty
z kimkolwiek niemądrym?
lepsze jest wrogiem dobrego -
czy dlatego warto dobrowolnie przystać na
stagnację chroniącą to drugie?
po nitce dochodzi się do kłębka -
a co jeśli ona poplątana, zasupłana
bądź zerwana skutecznie?
każda miłość jest pierwsza -
chyba tylko wobec zdiagnozowania
kompletnej sklerozy?

Wyrwałem z cienia gruz.
Resztkę metalu i powietrze.
Na koniec zadając mu lekki ból,
deszczem z krwi nieokrzepłej.
O słońce, promień, blasku strzęp.
Falę przeklętą w próżni.
Czegoś co nie jest z masy zła.
Czegoś, co od niej mnie różni.
Świeczka bez kropli parafiny, ukuta knotem.
Czarny, samotnie zdycha płonąc.
Tak jakby ja; poproszę z lodem.
Mówią, że to trucizna bytu.
Liście żółkną i tak jest stale.
Ukłon dla uczuć zrobię tu.
Gdy giną.
Nie odrastają...

stary kredens
w salonie babci Anastazji
był obiektem dość słodkich
i śmiałych fantazji:
krył w sobie konfitur słoje
stos domków z piernika
miśnieńską porcelanę
nalewkę Ludwika
miał zapach soku z derenia
wytworność kryształów
w takiej na przykład karafce
z likierem z migdałów
przepastny jak wyobraźnia
sześciolatki sprytnej
pomieścił zgrabnie co smaczne
i całkiem niezwykłe -
kilka spodeczków różowych
pięć lasek wanilii
odległe kadry dzieciństwa
do rymów sprzed chwili

miłosne wyznania
los do poskładania
z klocków LEGO
trzy końcowe wnioski
dwie durne pogłoski
złapać w biegu
ściany znów pobielić
chlebem się podzielić
bardzo szczerze
nie powiedzieć sobie
czego dziś nie zrobię
bo Mu nie wierzę

na wypukłościach czaszki
zwisając w dół pajęczymi nogami
przysiadły myśli ciężkie
ponieważ ciężarne
za chwilę powiją ołowianość chmur
oglądanych przez okno podobno letniego poranka
wydadzą na świat grad albo deszcz
a może nawet błyskawicę czyjegoś krzyku
jeszcze moment a uderzając
maleńkimi młoteczkami w potylicę
rozbiją ją by przez tak zrobiony otwór wypuścić
z mózgu receptory wszystkich koszmarów
w kolejnej sekundzie urodzą dodatkowo
chyba zamiast depresji endogennej
zdecydowaną skłonność do przesady
niektórzy nazywają to uprawianiem literatury
Najnowsze komentarze
15 min. temu
1 dzień 2 godziny temu
1 dzień 6 godzin temu
1 dzień 19 godzin temu
2 dni 8 godzin temu
2 dni 17 godzin temu
4 dni 18 godzin temu
6 dni 38 min. temu
1 tydzień 17 godzin temu
1 tydzień 2 dni temu